niedziela, 31 października 2010
najważniejszy głos
Zobacz to. Warto zapamiętać jak się wznoszą. Przykręć przesłonę do czterech, będziesz ostrzej widział, Głośniej z efektu i mniej basu, chcę słyszeć krzyk. To śmiech? Czy wołanie o pomoc? Już ich nie ma, zniknęli, odeszli. Postaw krzyżyk we właściwej ramce, tuż przed tłumem i policją, Niech broni naszej wiedzy, niech pomści zmieszanych z błotem. Koniec ścieżki, ostatnia ramka, zejdź do czerni. Pamiętasz Dużego, siedział tam bliżej osi. Tam gdzie skończył zaczął następny, ale nie inny. Nie powiedział nic złego, nic złego nie zrobił. Założył, że nie musi. Skatowali biedaka, nie powiedzieli dlaczego. Kolejne baty smagane po sercu nie dały mu zasnąć. Wciąż myśli o tych co się wznieśli i nie zawrócili. Droga to była zabawa. Pamiętasz to ujęcie ostatnie z ważnych? To, na którym słychać krzyk? To nie śmiech i nie wołanie o pomoc. To tylko ja. I sam nie wiem czy pałakałem.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
nie zawsze wchodzi
Myślę zupełnie poważnie. Czasem wydaje się wszystko burzyć i budować na nowo. Chwilami dzień nie przynosi nic nowego i niczego nie zapowiada. Ciągle jest ten czas mijający i słaniający się z bólu, że nie może się zatrzymać i odpocząć choć chwilę. Nawet trochę mu współczuje, bo co to za życie w którym bez momentu zapomnienia trzeba o wszystkim wiedzieć i wszędzie zdążyć. Zawsze być we właściwym miejscu o właściwej porze, zawsze być miłym lub stanowczym na zmianę i wykonywać to, co już dawno temu straciło uczucie. Za nic nie można zmienić drogi, bo tam mogą być remonty, a obok już nikt mnie nie chce i nie potrzebuje. Jak tutaj i teraz myśleć poważnie?
Lepiej usiąść i przestać, na sekundę, chwil kilka, dać nogom ostatni weekend wakacji. Obejrzeć gazetę - nie czytać - bo to nie taka gazeta. Sprawdzić kto jest na zdjęciach. "Co wciąga Borys?" " Nie zobaczymy już Liszowskiej" - całe szczęście... heh. Od razu lepiej. "Chcą nam zabrać kacowe" - dzień wolny na życzenie zacznie być mitem albo przestanie. Kredyt mieszkaniowy na siedemset lat, ale długów się nie bać bo mogę założyć lokatę na sto milionów procent lepiej zarabiającą niż Janusz Palikot i szybszą niż internet. Teraz to czuję. Gdybym był samotny zadzwoniłbym do Miriam, a gdy poczuję się zagrożony wynajmę biuro KRIS-CROSS (podobno najlepsi w kraju) - nie to nie wyjdzie, działają tylko w Warszawie.
Stoję na ostatnim piętrze przy oknie, właściwie nad oknem. Widzę chmurę burzową i front atmosferyczny, który spowoduje intensywne opady deszczu, po których możliwe będą podtopienia. Tam dalej tramwaj uderzył w tratwę i siedmiu rybaków zostało odratowanych przez śmigłowiec LPR po powrocie z Iraku. Utopił się w bałtyku wieloryb, bo usłyszał kto wygrał wybory i nie mógł znaleźć drogi na Autostradę - i tak nie było go stać.
Jak długo będziesz nikim? Zawsze. Dlaczego? Poprawię tym humor tym, którzy sobie tego życzą? Ale będziesz nieszczęśliwy? Gdybym był nieszczęśliwy nie chciałbym odejść. Dlaczego chcesz odchodzić? Bo mogę. A inni? Będą szczęśliwi.
Wyjeżdżam na stadion zobaczyć widowisko tysiąclecia i zjeść zupę z psa z makaronem z biedronki. Później się zamelduję w komendzie uzupełnień ludzi bez pracy, pasji i pieniędzy - kupię losy dwa, żeby mieć wybór.
czwartek, 27 maja 2010
Zaśnij
- Nie spałeś? Nie, zamknąłeś tylko oczy, prosisz o jeszcze kilka chwil ciszy. Dlaczego się nie odezwiesz, dlaczego nie powiesz, że serce bije ci szybciej gdy słyszysz kolejne pytania. Kto? Kiedy? Gdzie? Za ile? Nie znam odpowiedzi, więc pytam, a ty odpowiadasz odwracając spojrzenie. Dlaczego nie pytasz mnie jeszcze o to czy cieszę się na twój widok? Dlaczego wierzysz mi na słowo?
- Nie możesz mi zaufać. Nie mam planu. Nie wiem co będzie. Boję się życia - jakby nie brzmiało to prostacko i dziecinnie - to prawda. Z jednej strony chcę już wiedzieć i mieć to za sobą, z drugiej - co jeśli będzie tak samo? To więcej niż ryzyko a mniej niż słabość - coś pomiędzy oczekiwaniem i biernością. I boli ten strach, bo nie wiem jak się uspokoić, bo robienie już tego co lubię nie działa i nie koi. Pytam codziennie, co chwilę i odpowiadasz tak jak bym marzył. Nikt inny nie odpowiada. Nikt inny nie widzi. Każdy popełnia błędy... ja przesadzam.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Oni wszycy kłamią cz.1
Początek. To niemożliwe, by tak szybko odejść nie pozostawić po sobie śladów i dać się zapomnieć.
Pan Edward był taksówkarzem, pracę zaczął w 1991 roku, tuż po tym jak zamknięto jego wydział w pewnej państwowej firmie i musiał szukać nowego zajęcia. Był kierowcą, potrafił prowadzić właściwie każdy pojazd wyposażony w silnik i poruszający się na lądzie. Odłożył też trochę grosza, bo nie spodziewał się, że jego firma będzie działała w nieskończoność. Ostatniego dnia marca znalazł starego fiata - miał prawie sześćdziesiąt tysięcy przebiegu ale nadal pachniał nowością. Nie zastanawiając się zbyt długo kupił go i wyposażył w koguta, wykwintne welurowe nakładki na już odrobinę doświadczone czasem fotele i nową końcówkę gałki zmiany biegów - taką ze sztucznego bursztynu. Musiał trochę odstawić samochód, by zebrać jak najwięcej klientów, a tych w ogóle nie było za dużo, bo podróż taxi należała raczej do luksusów.
Zaczęło się dość mizernie, ledwie dwa może trzy kursy dziennie - wszystko co zarobił wydawał na paliwo, albo na naprawę samochodu. Pewnego lipcowego poranka zajeżdżał właśnie pod dworzec Gdynia Główna Osobowa, by jak codziennie rozpocząć oczekiwanie na tak upragnionych klientów z kieszenią pełną pieniędzy. Zaparkował samochód w wyznaczonym sobie miejscu - zawsze tym samym - tuż obok studzienki kanalizacji burzowej, żeby nie było trzeba śmiecić niedopałkami papierosów na ulicy lub chodniku. Pan Edward wysiadł z samochodu i odpalił Carmena - ostatni przejaw luksusów z przeszłości. Usiadł na krawężniku, trzymając w ręku gazetę, termos z herbatą - kawa mu szkodziła - i myślał. Nie czytał gazety, nawet nie oglądał zdjęć - przysiągł sobie kiedyś, że będzie poza tym wszystkim co się wtedy działo. Gazetę kupował dla krzyżówki, podobno ci mądrzy ludzie też tak robią. Nie zdążył dopalić papierosa gdy ktoś - chyba z zachodu, tak przynajmniej wyglądał - wypadł z dworcowej poczekalni, wykrzyknął - "Pan jest taksówkarzem? Jedź Pan szybko na Gdańsk główny - pociąg mi ucieka". Dla Pana Edwarda to był sprawdzian, dogonić pociąg, który nie będzie stał na światłach, przeciskał się przez wąskie uliczki i jeszcze nie rozbić się na jakimś drzewie lub znaku. Ruszyli tak szybko, że chyba nawet konstruktorzy tego samochodu się nie spodziewali, że da się z niego tyle wycisnąć. Po zaledwie dwudziestu pięciu minutach byli już w okolicy dworca w Gdańsku - tu niedaleko pracował do niedawna pan Edward. Roztrzepany i wyraźnie zniecierpliwiony klient przez całą drogę nie odezwał się słowem. Wszelkie zaczepki taksówkarza ignorował, ostatecznie przerywając starania umileni podróży krótkim - "prowadź pan i zamknij się". Po dotarciu do celu rzucił na kolana kierowcy plik zwiniętych banknotów, krzyknął "Brawo" i uciekł trzaskając mocno drzwiami. Pan Edward wrócił do Gdyni, już spokojnie, bez nerwów, zadowolony z zarobku. Tego dnia nie narzekał na brak pracy. Nie zdążył ruszyć herbaty z termosa, nawet zapalić drugiego papierosa. Tego samego dnia, po powrocie do domu jego żona Julia oświadczyła, że doczekali się potomka.
niedziela, 28 lutego 2010
zadania
Ostatni łyk, zabieram notes, ołówek i idę. Pięć kroków w prawo, potem dwanaście w lewo, Jeszcze pięć w lewo i dwa w prawo. Już jadę, mijam miliony złotych i srebrnych monet. Mijam tysiące wirujących pod sufitami pomysłów i słów.
Sam nie mam nic nowego, brakuje mi na kawę i papierosy. Szukam bohatera, który kilkoma słowami pozwoli mi przeżyć parę chwil. Powinien być w zielonej czapce, białych butach i ciemnej kurtce. Powinien mnie szukać i być na miejscu.
Szukam słów: pogotowie, świeżo, ratunkowe, dziecko, pobity, w dowolnej kolejności użyte w jednym zdaniu. Szukam też bohatera, co powie że nie powinienem, że nawet nie mogę.
środa, 22 lipca 2009
Nie śpisz?
- Znów się upiłeś. Jak za dawnych czasów... Musimy się spotkać, może pod wieżą, tam gdzie zwykle?
- Nie mam nastroju albo czasu... cokolwiek. Nie chcę się z tobą widzieć.
- Dlaczego?
- Chyba za dobrze mi się kojarzysz. Trochę z czasem szczęśliwości.
- To źle?
- Nie... chyba - właściwie źle, bo za każdym naszym spotkaniem mam ochotę już tam zostać. Patrzeć na czubek buta i myśleć o tym, że mógłbym go oglądać codziennie. Unikam takich myśli - to przecież jest nienomalne. Człowiek w moim wieku, z takimi przeżyciami nie może widzieć tylko czubka buta innej osoby. Co innego gdybyśmy patrzyli sobie w oczy. Mógłbym powiedzieć, że Cię kocham, że tęsknię za całonocnymi rozmowami. Za tymi wszystkimi dyskusjami o predyspozycji do szczęścia w pojedynkę i szczęściu we dwoje mimo wszystko. Każde osobno, każde - gdzieś tam - razem marzące o końcu. Nie - raczej o czymś w rodzaju restartu - takiej funkcji jak w komputerze. Wiesz - naciskasz guzik i wszystko startuje od początku. Możesz podejmować inne decyzje, spotykać innych ludzi, pić mniej lub coś innego. Wtedy poszedłbym tą ulicą cztery lata wcześniej, to ja bym Cię wtedy spotkał. To ja bym teraz siedział i zaglądał ci przez ramię co czytasz i od kogo ta wiadomość. To ja bym zdejmował włosy opadające tobie na szyję, to ja składałbym życzenia na święta twojej rodzinie, ja bym nosił twój znak gdzieś między lewym a prawym płucem. To mnie byś się wstydziła w tajemnych spotkaniach z przyjacielem. Jak bym się wtedy czuł? Mniej czy bardziej samotny? Szczęśliwy czy zakłopotany wiedzą, że oczekujesz czegoś innego niż to, co każdego dnia widzisz za oknem naszej wspólnej sypialni? Nie wiem, chyba nie chcę... Tak jest lepiej. Zresztą marnej fizyczności nie da się przeskoczyć niebanalną umysłowością czy duchowością - więc nawet marzenia są poza zakresem marzeń, które wypada śnić.
- Zmień zdanie... proszę.
- Zdania nie zmienię. Mogę zmienić kilka słów...
niedziela, 11 listopada 2007
On(i)
I nie odszedł, by nie powrócić. Nie upadł, by nie wstawać i nie udowadniać, że potrafi. Nikt go nie dostrzeże, bo nie po to się wszedł w ciało, by wytykano go palcami. Swemu bratu młodszemu świadczył, że miłuje i nic go nie powstrzyma przed miłością. Nie mówił mądrości, by nie sądzono, że mądrość to narzędzie boskie i tylko przez boga do zdobycia możliwe. Nie mówił o bogu, by nie pętać cudzych myśli, wierzeń i wyobrażeń. Nie obchodziły go wojny, bieda, głód, problemy ludzi i jego samego. Nie płakał gdy działa mu się krzywda i nie oddał za nic życia. Pragnął jedynie żyć z tym co zwą jedynym i prawdziwym, ostatnim bastionem człowieczeństwa i powodem wielkości szczęścia. Pragnął żyć z jedyną niepodległą istotą, od której sam się uzależniał i która była jego płucami, by mógł oddychać; jego oczami, by widzieć mógł przeszkody dnia codziennego i by pomagała mu je przezwyciężać; jego uszami, by słyszał najwięcej to, czym oboje istnieli – sercem był, by móc życie jej podarować i by jej życie pochłonąć – w jednej duszy, dwóch ciałach; jednym świecie – wielu wymiarach, ale tylko jednym ważnym, jedynym prawdziwym i nienamacalnym zarazem, transcendentnym i prostym w swej istocie. Napisał pierwszy list, pierwszą opowieść i na tym się skończyło, więcej słów nie trzeba, nie można – bo słowa, jak to słowa, są tylko przekaźnikiem, kodem, którego po pierwszym już nie potrzebują. Splątani w uścisku, w jednym owocu stworzenia obracając się wciąż do słońca – bo miłość nie polega na tym by ciągle patrzeć na siebie, lecz by zawsze patrzeć razem w tym samym kierunku.
piątek, 09 listopada 2007
Nie tylko jeden
Dzień. Upadł by pokazać innym, że też potrafi, że jest "tylkoczłowiekiemzkrwiikości" co by nikt nie pomyślał, że oszukuje, próbuje grać na boku. Przeszedł kilka kroków po starym, załatanym gumami do żucia chodniku i wrócił do swojego ulubionego, błękitnego centrum edukacji alkoholowej. I tyle go widziałem, bo kiedy wychodził nie był już "tylkoczłowiekimzkrwiikości" lecz kimś znacznie ważniejszym, kimś kto jednym ruchem ręki mógł zatrzymać taksówkę i zarządać odwiezienia go do domu. W starych łachmanach koloru nieokreślonym, choć do niedawna przypominającym zieleń lub czerń. Wytarte spodnie w okolicach pięty zamiatały ulicę - pozbawiając w ten sposób wielu biednych ludzi jedynego źródła dochodu i nadziei na spełnienie amerykańskiego snu. Na pewno któryś z nich wie co to jest i marzy o tym. Ja bym marzył. Widząc kawałek nie zamiecionej, lub raczej nie umytej powierzchni pionowej wiaty przystanku autobusowego, postanowił najpierw ją zwilżyć w celu rozmiękczenia zabrudzenia, i dlatego ile miał tyle napluł. Oczywiście nie mógł tego tak zostawić, więc dyskretnym ruchem, oczywiście nie marnując żadnej okazji do pilnowania porządku, zdjął wierzchnie odzienie i pozornie niedbale wytarł zło kłębiące się w brudzie.
czwartek, 18 października 2007
Czekam
W każdym razie na Ciebie już czekamy tu wszystkie! A najbardziej to tu na Ciebie taka jedna czeka, która nie lubi się budzić, bo to oznacza, iż Twoja obecność była jedynie snem. Tak rzeczywistym, że prawie czułam, jak mnie dotykasz. Tak przjemnym, że prawie czułam, jak mnie całujesz. A kiedy Cię wreszcie przytulę, znikną wszystkie "prawie". I będziemy razem. W Barcelonie! Wśród ludzi, którzy nie zrozumieją o czym będziemy szeptać, więc nie będzie potrzeby zniżać głosu. Już niedługo.
czwartek, 13 września 2007
Jak nie daleko byłem i jak mało potrzebowałem? Prawie nic, kilka cyfr - nic poza tym - a jednak skończyłem w jedynym dwunastogodzinnym letargu trwającym w czasie wyjetym spod własnego władania, trwającym ponad godzinami, dniami, tygodniami i gdzieś obok tysięcy świateł rozjaśniających dziesiątki domów. Jednocześnie trwoga i żal - samobiczowanie za niewykorzystane szanse nadane w z łaski losu i pominięte w drodze złych decyzji. Tyle razy powtarza się ta sama myśl, to samo żałosne łkanie. Niespełniony sen o przebudzeniu w innym miejscu, w innym czasie i nie tylko z sobą samym.
|
|