Początek.
To niemożliwe, by tak szybko odejść nie pozostawić po sobie śladów i dać się zapomnieć.
Pan Edward był taksówkarzem, pracę zaczął w 1991 roku, tuż po tym jak zamknięto jego wydział w pewnej państwowej firmie i musiał szukać nowego zajęcia. Był kierowcą, potrafił prowadzić właściwie każdy pojazd wyposażony w silnik i poruszający się na lądzie. Odłożył też trochę grosza, bo nie spodziewał się, że jego firma będzie działała w nieskończoność. Ostatniego dnia marca znalazł starego fiata - miał prawie sześćdziesiąt tysięcy przebiegu ale nadal pachniał nowością. Nie zastanawiając się zbyt długo kupił go i wyposażył w koguta, wykwintne welurowe nakładki na już odrobinę doświadczone czasem fotele i nową końcówkę gałki zmiany biegów - taką ze sztucznego bursztynu. Musiał trochę odstawić samochód, by zebrać jak najwięcej klientów, a tych w ogóle nie było za dużo, bo podróż taxi należała raczej do luksusów.
Zaczęło się dość mizernie, ledwie dwa może trzy kursy dziennie - wszystko co zarobił wydawał na paliwo, albo na naprawę samochodu.
Pewnego lipcowego poranka zajeżdżał właśnie pod dworzec Gdynia Główna Osobowa, by jak codziennie rozpocząć oczekiwanie na tak upragnionych klientów z kieszenią pełną pieniędzy. Zaparkował samochód w wyznaczonym sobie miejscu - zawsze tym samym - tuż obok studzienki kanalizacji burzowej, żeby nie było trzeba śmiecić niedopałkami papierosów na ulicy lub chodniku.
Pan Edward wysiadł z samochodu i odpalił Carmena - ostatni przejaw luksusów z przeszłości. Usiadł na krawężniku, trzymając w ręku gazetę, termos z herbatą - kawa mu szkodziła - i myślał. Nie czytał gazety, nawet nie oglądał zdjęć - przysiągł sobie kiedyś, że będzie poza tym wszystkim co się wtedy działo. Gazetę kupował dla krzyżówki, podobno ci mądrzy ludzie też tak robią.
Nie zdążył dopalić papierosa gdy ktoś - chyba z zachodu, tak przynajmniej wyglądał - wypadł z dworcowej poczekalni, wykrzyknął - "Pan jest taksówkarzem? Jedź Pan szybko na Gdańsk główny - pociąg mi ucieka".
Dla Pana Edwarda to był sprawdzian, dogonić pociąg, który nie będzie stał na światłach, przeciskał się przez wąskie uliczki i jeszcze nie rozbić się na jakimś drzewie lub znaku.
Ruszyli tak szybko, że chyba nawet konstruktorzy tego samochodu się nie spodziewali, że da się z niego tyle wycisnąć. Po zaledwie dwudziestu pięciu minutach byli już w okolicy dworca w Gdańsku - tu niedaleko pracował do niedawna pan Edward. Roztrzepany i wyraźnie zniecierpliwiony klient przez całą drogę nie odezwał się słowem. Wszelkie zaczepki taksówkarza ignorował, ostatecznie przerywając starania umileni podróży krótkim - "prowadź pan i zamknij się". Po dotarciu do celu rzucił na kolana kierowcy plik zwiniętych banknotów, krzyknął "Brawo" i uciekł trzaskając mocno drzwiami. Pan Edward wrócił do Gdyni, już spokojnie, bez nerwów, zadowolony z zarobku. Tego dnia nie narzekał na brak pracy. Nie zdążył ruszyć herbaty z termosa, nawet zapalić drugiego papierosa.
Tego samego dnia, po powrocie do domu jego żona Julia oświadczyła, że doczekali się potomka.